- Czytany 29 razy
- wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
- Wydrukuj
W przekonaniu wielu obywateli urzędnicy są rządni władzy. Być może dotyczy to polityków, być może części kierowników, zwłaszcza z politycznego nadania. Jednak zawodowy urzędnik, pracownik sektora publicznego władzy, władztwa stara się unikać jak ognia. Skąd tak fałszywy obraz pracy urzędniczej?
WŁADZA I ODPOWIEDZIALNE DECYZJE
Takich mitów jest zresztą wiele. Np. „spokojna praca w administracji”. To może być prawda dopóki człowiek nie awansuje na stanowisko kierownicze (powiedzmy: powyżej kierownika najniższego szczebla). Jednak na stanowiskach kierowniczych wiatry wieją okrutne, powodując, że to jest praca sezonowa. A służba cywilna jest w Polsce od dawna mitem.
Podobnie jest z prestiżem i zaufaniem do poszczególnych zawodów. Od lat na szczycie są profesor i lekarz, a urzędnik na samym (niemal) dole. Tymczasem w świecie zamówień publicznych absolutna większość urzędników jest uczciwa i stara się rzetelnie wykonywać swoje obowiązki. A o zamówieniach przygotowywanych przez naukowców i lekarzy lepiej nie pisać.
Władza to możliwość wywierania wpływu na rzeczywistość. Zakłada podejmowanie decyzji, swobodę (choćby ograniczoną) w podejmowaniu decyzji. Za podejmowaniem decyzji, rozstrzygnięć idzie jednak odpowiedzialność. Kiedyś dla monarchów mogła to być odpowiedzialność przed Bogiem i historią (co, wbrew pozorom, dla wielu stanowiło wystarczające ograniczenie samowoli). Ale i dziś widuje się (acz bardzo rzadko) takie przekonanie szefa lub szefowej.
W dzisiejszym świecie (trójpodziału władzy, namnożonych organów kontroli, dziennikarzy śledczych, zwalczających się partii itp.) większość decydentów wcześniej czy później usłyszy pytanie o podstawy decyzji. Zwłaszcza w zakresie wydatkowania publicznych pieniędzy, w tym w zakresie zamówień publicznych. I trzeba będzie uzasadnić decyzję.
Umiem bronić zamawiających przed zarzutami wykonawców przed KIO, umiem bronić przed zarzutami kontroli przed GKO. Najtrudniej bronić się przed zarzutami nowej władzy, która szuka haków na starą władzę. Gdy jedynym grzechem urzędnika jest to, że lojalnie realizował zadania wyznaczone przez legalnie wybranych przedstawicieli ludu. A przecież na tym właśnie polega profesjonalizm służby publicznej.
Sytuacja, w której ktoś kwestionuje decyzję i trzeba jej bronić nie jest sytuacją komfortową. Niemniej, powinna być wpisana w codzienną działalność sektora publicznego. Umiejętność uzasadniania podjętych decyzji jest nie mniej istotna, jak umiejętność podejmowania decyzji właściwych.
Problem w tym, że nie ma pewności jakie uzasadnienie jest wystarczające. Najbezpieczniej jest więc unikać sytuacji, w których takie pytanie mogłoby się pojawić.
CO WOLNO W ZAMÓWIENIACH PUBLICZNYCH
Truizmem jest, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa” (art. 7 Konstytucji RP). Pytanie: jakie z tego wnioski dla zamówień publicznych? Czy zamawiający jest „organem władzy publicznej”?
Oczywiście nie. I nie chodzi mi nawet o to, że nie wszyscy zamawiający są organami władzy publicznej. Może, skoro wydają grosz publiczny, zostali zaliczeni do organów władzy publicznej? Oczywiście nie. Poza tym niektórzy nie widują pieniędzy podatników. Nie można utożsamiać nawet szeroko pojętego sektora publicznego z organami władzy publicznej (a co dopiero sektorowców).
Chodzi o to, że, niezależnie od tego kim jest zamawiający, udzielając zamówień publicznych nie sprawuje władztwa publicznego. Nawet jeśli jest organem władzy publicznej, udzielając zamówień publicznych nie reprezentuje państwa jako imperium, lecz jako dominium. Nie ma żadnej władzy nad wykonawcami, nie może nikogo dyscyplinować, karać, doprowadzić. To raczej wykonawcy mają prawo (bez najmniejszego szacunku dla władzy) najpotężniejsze nawet organy władzy publicznej przeczołgać przed KIO, kapować do Prezesa UZP i innych organów kontroli, obsmarować w mediach itp.
Zamawiający udzielając zamówień jest jednym z kupców, starających się na wolnym rynku pozyskać najkorzystniejszą ofertę. Jeśli nie zaproponuje przedsiębiorcom atrakcyjnych warunków – nie zgłoszą się. Albo złożą oferty drogie, z premią za ryzyko, za brak zaufania. Albo wezmą udział wyłącznie partacze zakładający, że nie zrealizują zamówienia zgodnie z wymaganiami, a zamawiający i tak odbierze fuszerkę. Gdyby zamawiający mógł użyć swojego władztwa – na pewno nie dopuściłby to tego, co się na rynku zamówień publicznych wyprawia.
A Prawo zamówień publicznych nie należy do prawa publicznego. Nie realizuje interesu społeczeństwa, które życzyłoby sobie w większości, aby pieniądze publiczne były wydawane efektywnie. Nie realizuje interesu państwa, które chciałoby tego samego (ileż wysiłków podejmowanych przez kolejne rządy, aby zwiększyć efektywność zamówień publicznych). Prawo zamówień publicznych w praktyce realizuje interesy zamawiających (zapewnienie bezpieczeństwa) i wykonawców (zapewnienie przejrzystości).
Tym bardziej prawo zamówień publicznych nie należy do prawa administracyjnego. Przepisy prawa administracyjnego muszą być precyzyjne i interpretowane zawężająco, gdyż chodzi o zapewnienie swobód i wolności obywateli i przedsiębiorców. Zasada: „co nie jest dozwolone – jest zakazane” jest słuszną i konieczną ochroną przed samowolą władzy. Jednak stosowanie tej zasady do zamówień publicznych jest niecelowe (zamawiający nie sprawuje władzy publicznej) i dysfunkcyjne (nie da się określić precyzyjnie tego, co dozwolone).
W przeciwieństwie do wielu innych obszarów działań sektora publicznego, udzielanie zamówień publicznych wymaga elastyczności. Wszak nie istnieją proste i jednoznaczne sposoby kupowania (o czym przekonuje się każdy z nas jako konsument poszukujący najkorzystniejszych ofert). Tymczasem w zamówieniach publicznych wszyscy udają, że jest to bardzo proste: trzeba ogłosić przetarg nieograniczony, wybrać najtańsza ofertę i zawrzeć ryczałtową umowę. Jeśli to takie proste, to dlaczego nie stosujemy tej metody wydając własne pieniądze?
Prawo zamówień publicznych należy do dziedziny prawa cywilnego. Nie tylko dlatego, że ustawa wprost przywołuje Kodeks cywilny w zakresie czynności podejmowanych przez strony i w zakresie zawieranych umów (art. 8). Przede wszystkim dlatego, że opiera się na zasadzie równości stron umowy, swobody umów, ekwiwalentności świadczeń, czyli fundamentów stosunków cywilnoprawnych.
Dlatego prawo zamówień publicznych należy interpretować wedle zasady: „co nie jest zabronione – jest dozwolone”. A pytania zamawiających: gdzie jest napisane w Pzp, że tak można należałoby skwitować: przecież nie jest napisane, że nie wolno. Problem w tym, że po trzydziestu latach istnienia systemu zamówień publicznych nie ma zgody co do cywilistycznego charakteru tej ustawy. Chyba najwyższy czas to wpisać do ustawy – i usunąć połowę jej treści, a może nawet 5/6 (pięć szóstych). Wszak pierwsza ustawa miała 97 artykułów (i wystarczało).
Ale czy rzeczywiście można zakładać równość stron? Czy zamawiający nie będzie aby nadużywał swojej pozycji kosztem praw wykonawców? Słuszne, moim zdaniem, pytanie - acz zwolennicy Pzp jako prawa publicznego nie powinni mieć problemu z nadrzędnością interesu publicznego. Celem ustawy jest ochrona praw wykonawców i zapewnienie im swobody dostępu do zamówień publicznych. Należy uznać, że Pzp stanowi zbiór praw podmiotowych wykonawców. Oryginalnie, bo następnie dodano do niej dużo dobrych rad mających zmusić lub zachęcić zamawiających do efektywności.
Powyższe prowadzi do wniosku, że Prawo zamówień publicznych należy interpretować wedle zasady: „co nie jest zakazane – jest dozwolone, o ile służy efektywności i nie stanowi pozaprawnej bariery w dostępie do zamówienia”. Gdyby taka zasada była wyrażona w ustawie, stanowiłaby jednoznaczną wskazówkę interpretacji przepisów ustawy. Zapewniłaby odpowiednią swobodę i zarazem bezpieczeństwo zamawiającemu, a ochronę wykonawcom. I wyraźnie określałaby zakres odpowiedzialności zamawiającego.
ZAKRES ODPOWIEDZIALNOŚCI ZAMAWIAJĄCEGO
Zamawiający powinien odpowiadać za efektywną realizację celów publicznych oraz za bezpodstawne naruszenie swobody dostępu przedsiębiorców do zamówień publicznych.
Gdy stwierdziłem ostatnio, że mało kto troszczy się o efektywność, jedna pani zaprotestowała: przecież to od zawsze jedna z zasad finansów publicznych. Oczywiście, że od zawsze pięknie wyrażona – i jeszcze piękniej obchodzona. Do czasu wpisania jej do Pzp dość powszechne było jednak negowanie jej zastosowania do zamówień publicznych. Teraz nie ma jednak wątpliwości:
Art. 17. Zasada efektywności
1. Zamawiający udziela zamówienia w sposób zapewniający:
1) najlepszą jakość dostaw, usług, oraz robót budowlanych, uzasadnioną charakterem zamówienia, w ramach środków, które zamawiający może przeznaczyć na jego realizację oraz
2) uzyskanie najlepszych efektów zamówienia, w tym efektów społecznych, środowiskowych oraz gospodarczych, o ile którykolwiek z tych efektów jest możliwy do uzyskania w danym zamówieniu, w stosunku do poniesionych nakładów.
Zamawiający powinien ponosić odpowiedzialność w każdej sytuacji, gdy przygotowuje i prowadzi postępowanie, a następnie zawiera umowę lub zarządza nią w sposób nie zapewniający najlepszej jakości w ramach środków, które może przeznaczyć na realizację zamówienia. Również w sytuacji, gdy nie uzyskuje najlepszych efektów społecznych, środowiskowych i gospodarczych w stosunku do poniesionych nakładów (z zastrzeżeniem, które jest wskazane w ustawie).
Przed kim zamawiający powinien ponosić tę odpowiedzialność? Przed społeczeństwem, oczywiście. To obywatele, za pośrednictwem swoich przedstawicieli zarówno w parlamencie, jak i w rządzie od wielu lat wyrażają życzenie, aby zamówienia publiczne były realizowane efektywnie. I to niezależnie od rządzącej akurat większości. Szczęśliwie, nie jest to sprawa polityczna.
Społeczeństwo działa, oczywiście, przez swoich przedstawicieli, przez instytucje publiczne powołane do działania w interesie publicznym. W tym przypadku chodzi o instytucje kontrolne. To one, działając w imieniu społeczeństwa, powinny sprawdzać przede wszystkim, czy zamówienia publiczne spełniają społeczne oczekiwania. Zwłaszcza, że obecnie mają do tego podstawę w Pzp, a nie tylko w ustawie o finansach publicznych.
Jeśli organa kontroli nie weryfikują efektywności wydatków – sprzeniewierzają się swojej misji. Jeśli skupiają się na formalizmach, na porządku w plikach i innych nieistotnych kwestiach – sprzeniewierzają się swoim zadaniom. Nie po to obywatele płacą pensje pracownikom kontroli, aby prześcigali się w wynajdywaniu bardziej lub mniej urojonych, a zawsze nieistotnych błędów i nieprawidłowości.
Troska o efektywną realizację zadań powinna być najważniejszym zakresem odpowiedzialności zamawiającego, najważniejszym jego problemem, jego celem, misją i wizją, jego modus operandi. Powinna zaprzątać jego głowę od rana do wieczora (i śnić się w nocy).
Troska ta nie może przesłaniać praw podmiotowych wykonawców. Ustawodawca unijny, przyjmując efektywność za oczywiste założenie, troszczy się przede wszystkim o ochronę praw wykonawców w dostępie do zamówień publicznych. Oryginalnie, bo z upływem lat również ustawodawca unijny zaczął pisać dyrektywy jak poradnik efektywnych zamówień publicznych. Bo i na zachodzie sektor publiczny zdaje się coraz mniej pamiętać o efektywności i udzielać zamówień w sposób „łatwy, szybki i przyjemny”.
O prawa wykonawców powinni się troszczyć przede wszystkim sami wykonawcy. I czynią to bardziej, niż starannie. Jaka szkoda, że pozostała im tylko droga odwoławcza. Szkoda zwłaszcza dziś, gdy KIO nie radzi sobie z nadmiarem spraw. Tym pilniejsze jest przywrócenie instytucji protestu.
ODPOWIEDZIALNOŚĆ ORGANÓW KONTROLI
Organa kontroli nie powinny działać w interesie konkretnego wykonawcy. Tym bardziej nie powinny reagować na wnioski o przeprowadzenie kontroli motywowane niechęcią do wniesienia wpisu lub niepodpisane.
Przedsiębiorca może, oczywiście, skorzystać z wyników kontroli, która stwierdzi brak efektywności i nakaże unieważnienie lub dokonanie jakiejś czynności. Ale powinien to być tylko efekt uboczny troski o efektywną realizację zadań publicznych.
Teoretycznie przepisy dają podstawę takiego podejścia do kontroli. W zakresie polskich kontroli art. 601 ust. 1 Pzp głosi: „Podstawę stwierdzenia, że postępowanie o udzielenie zamówienia zostało przeprowadzone niezgodnie z ustawą, stanowi naruszenie przepisu ustawy, które miało wpływ na wynik tego postępowania”. Nie ma wpływu – nie ma niezgodności. A jeśli ma wpływ pozytywny na efektywność zamówienia? Nie przesadzajmy: nie można łamać przepisów w imię efektywności.
Nieprawidłowość w rozumieniu art. 2 pkt 31 rozporządzenia ogólnego tj. 2021/1060 (w projektach unijnych) oznacza każde naruszenie mającego zastosowanie prawa, które ma lub może mieć szkodliwy wpływ na budżet Unii poprzez obciążenie go nieuzasadnionym wydatkiem. Jeśli nie dochodzi do nieuzasadnionego wydatku – nie ma nieprawidłowości. To rozsądne. Niestety, mamy do czynienia w Polsce z gigantyczną nadinterpretacją frazy „może mieć”. Jeśli nie potrafisz udowodnić, że nie mogło mieć wpływu (takich rzeczy co do zasady się nie dowodzi) – przegrałeś.
W praktyce wygląda to inaczej.
Wobec braku precyzyjnej definicji dostaw podobnych lepiej sumować wszystko, co może być uznane za podobne. Ponieważ wiadomo, że wielu (większość) wykonawców nie jest w stanie tego dostarczyć, to trzeba dopuścić oferty częściowe, niwecząc korzyści skali. To po co łączyć to w jedno zamówienie? Tylko dla zabezpieczenia przed zarzutami kontroli. Na nic zdają się odważne opinie UZP w zakresie podziału produktów spożywczych czy odczynników. Nikt nie ma odwagi zastosować rozumowania per analogiam do podobnych sytuacji.
Urząd dawno odwołał zasadę trzech tożsamości w zakresie usług. Wskazuje w komentarzu do ustawy, że sumuje się usługi tożsame. Niestety, wieść ta nie dotarła ani do zamawiających, ani do organów kontroli (pisałem ostatnio o sumowaniu usług cateringu w skali kraju przez NIK). Znów bezpieczniej dla zamawiającego jest sumować i dopuszczać oferty częściowe. Czyli absurd goni absurd.
Kontrola bezwzględnie egzekwuje obowiązek dopuszczania ofert równoważnych (plus polski wynalazek: kryteria równoważności), choćby było oczywiste, że nie ma niczego równoważnego np. do systemu Windows. Wykonawcy to wiedzą, nikt nie czuje się pokrzywdzony, każdy może złożyć konkurencyjną ofertę, a pani rzecznik dyscypliny finansów publicznych wali z grubej rury o naruszeniu podstawowych zasad (myślałem, że zaraz wpadną służby i wyprowadzą nas w kajdankach).
To samo dotyczy norm, etykiet i certyfikatów. Nie widziałem w praktyce próby oferowania i dowodzenia równoważności przez wykonawców. I nie wyobrażam sobie weryfikacji tej równoważności przez zamawiającego (nie takie głowy i nie w takim trybie określają treść tych dokumentów). Niech jednak który zamawiający spróbuje zapomnieć o dopuszczeniu równoważnej normy (cokolwiek to znaczy) – popamięta na zawsze.
Kontrole uwielbiają przetarg nieograniczony. Nie ważne, że ograniczony można stosować tak samo swobodnie. Nieważne, że z przesłanek dyscypliny finansów publicznych wykreślono nieuzasadnione zastosowanie negocjacji z ogłoszeniem i dialogu konkurencyjnego. Dla bezpieczeństwa lepiej ogłosić nieograniczony. A że on nie gwarantuje wyboru wiarygodnego wykonawcy, nie służy efektywności zakupów strategicznych i prowadzi do katastrofy wąskie gardła – nikogo nie obchodzi.
Cud stał się z trybem podstawowym. Przynajmniej częściowy. Wariant drugi jest nieporównanie częściej stosowany od trybów negocjacyjnych w postępowaniach unijnych. Problem w tym, że te negocjacje mają niewielki wpływ na efektywność zamówienia. A dlaczego wariant ten nie jest stosowany powszechnie? Podobno kontrole każą się tłumaczyć: dlaczego zastosowano, albo dlaczego nie zastosowano negocjacji – mimo, że to swobodna decyzja zamawiającego. Aby się nie tłumaczyć, bezpieczniej wybrać wariant pierwszy.
Ustawodawca przeniósł przesłanki wykluczenia partaczy i kłamców do przesłanek fakultatywnych. Może słusznie, może nie. Wydaje się, że minimalna troska o wiarygodność wykonawcy wymaga wykluczenia takich wykonawców, a więc wskazania art. 109 ust. 1 pkt 5), 7), 8) i 10) Pzp. Tymczasem sam słyszałem jak doradcy radzili zamawiającym raczej nie stosować art. 109 – wszak to wymaga dodatkowych dokumentów i czynności, może skończyć się w KIO, przedłużyć postępowanie itp. Nie wierzę! – dla szybkości przetargu poświęćmy wiarygodność wykonawcy!
Ustawa wymaga, aby warunki udziału były proporcjonalne (nie za wysokie) oraz umożliwiające ocenę zdolności wykonawcy do należytego wykonania zamówienia (nie za niskie). To dobry przepis. Każdy zamawiający wie jednak, że tylko zawyżone warunki mogą zostać podważone, zarówno przez wykonawców, jak i ograna kontroli. Więc zaniżają je, a nawet rezygnują z nich. To bezpieczne. A że w takiej sytuacji może wygrać partacz – who cares?
Skoro ustawa nakazuje uzasadnić wagę ceny powyżej 60% (a dziś usłyszałem nawet interpretację, że uzasadnić trzeba inną wagę niż 60%), lepiej nie stosować tego. Lepiej trzymać się wagi wskazanej przez ustawodawcę. Nawet, jeśli oczywistym jest, że wszystkie wymagania jakościowe zostały określone w opisie przedmiotu zamówienia, np. w dokumentacji projektowej robót budowlanych. I mamy fikcyjne kryteria nie mające żadnego wpływu na wynik postępowania o łącznej wadze 40%. Oczywiście: nie mające charakteru jakościowego.
Ustawa wyraźnie dopuszcza kryteria niewymierne. Art. 240 ust. 2 stwierdza jednoznacznie: kryteria oceny ofert i ich opis nie mogą pozostawiać zamawiającemu nieograniczonej swobody wyboru najkorzystniejszej oferty oraz umożliwiają weryfikację i porównanie poziomu oferowanego wykonania przedmiotu zamówienia na podstawie informacji przedstawianych w ofertach.
Można to zdanie przeczytać krócej: kryteria mogą pozostawiać zamawiającemu ograniczoną swobodę wyboru najkorzystniejszej oferty. Ale czy zastosowanie kryteriów niewymiernych nie prowokuje wykonawców do odwołań? – może tak być. A czy nie budzi pytań kontroli? – możliwe. To po co mielibyśmy to robić? – pytają zamawiający. Nigdy nie będziemy czynić niczego takiego. Wykonawcy również sobie tego nie życzą. Tylko efektywności szkoda.
Efektywna umowa wymaga rozdzielenia ryzyka między strony na zasadzie: poszczególne ryzyka powinny być przypisane tej stronie, dla której ponoszenie danego ryzyka jest względniejsze (tańsze lub łatwiejsze do zarządzania). Oznacza to konieczność przejęcia części ryzyka przez zamawiającego. A zamawiający pytają: czy to aby nie oznacza, że w trakcie realizacji zamówienia wykonawca będzie mógł się domagać w pewnych sytuacjach dopłaty?, przedłużenia terminu realizacji?, zmiany sposobu świadczenia? – tak, właśnie na tym polega przejęcie ryzyka. To my nie chcemy tak, to są praktyki wysoce niebezpieczne, zwalczane przez kontrole. Na nic elastyczne przesłanki zmiany umowy wprowadzone do dyrektyw i nasze ustawy. Dopłacenie wykonawcy jest uważane za przekręt pierwszej klasy (i bywa – jeśli jest to robione z naruszeniem przepisów, a nie zasad konstruowania umowy najkorzystniejszej).
Aby zapobiec najcięższym naruszeniom zasady efektywności umów wprowadzono do ustawy klauzule abuzywne. Zamawiający szybko nauczyli się je obchodzić wykorzystując różne „chyba, że”, konstruując klauzule waloryzacyjne w taki sposób, aby jednak nie przejąć ryzyka inflacji itd., itp.
Czy rząd naprawdę nie ma innych możliwości wpływania na praktykę zamówień publicznych? Może mógłby zmienić zasady kontroli? Nie może, niestety. Z wielkich planów został komitet ds. kontroli bez najważniejszych organów kontroli, bez możliwości wpływu, bezczynny.
ZASADY ODPOWIEDZIALNOŚCI
Obawiam się, że nic się w zamówieniach publicznych nie zmieni dopóki nie zmienią się zasady odpowiedzialności (odpowiedzialność za efektywną realizację celów publicznych i poszanowanie praw wykonawców) oraz dopóki nie powołamy na stanowiska pełniące role kierownika zamawiającego osób gotowych podjąć tę odpowiedzialność.
Tymczasem nie widać ani przesłanek zmiany zasad odpowiedzialności, ani osób gotowych tę odpowiedzialność podjąć (oczywiście poza wieloma wyjątkami, stanowiącymi może kilka procent). Właściwie, to lepiej już było. Pamiętam różnych dyrektorów, kierowników i naczelników, którzy „mieli jaja”, choć spora część z nich chodziła w spódnicy. To byli szefowie: decyzyjni, odpowiedzialni. Mieli swoje wady, ale pracownicy mogli być pewni, że w razie kontroli wezmą wszystko na siebie.
Wygląda na to, że jest to zjawisko daleko wykraczające poza zamówienia publiczne. W całej administracji widać kryzys przywództwa, brak liderów, niechęć do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka.
Widać to również u sektorowców. Aczkolwiek pamiętam rzucające się w oczy różnice w podejściu sektorowców, którzy jeszcze dwadzieścia-kilka lat temu myśleli biznesowo, ekonomicznie, efektywnościowo. A potem robiliśmy przetargi na ubezpieczenie OC członków zarządu spółki i widzieliśmy, że bez kilku opinii prawnych nie wychodzą nawet do …
Wygląda na to, że problem ten dotyka nie tylko Polskę. Niedawno jeden z doradców z Wielkiej Brytanii otwarcie stwierdził, że przecież nabywcy publiczni nie są osobami akceptującymi ryzyko. Podobnie mówił międzynarodowy ekspert z Litwy. Właściwie to nie powinno dziwić. Osoby, które mają parcie na ryzyko zostają biznesmenami, otwierają firmy, inwestują, upadają, zaczynają od nowa. Jeśli ktoś nie przejawia takich ciągotek, a to przecież nie grzech, wybiera pracę w sektorze publicznym.
Problem w tym, że zamówienia publiczne są specyficzną działką w administracji, rządzą się regułami ze świata biznesu, nie administracyjnoprawnymi. Kupcy publiczni powinni istotnie różnić się od kolegów z pracy, właśnie tym, że operują na wolnym rynku, a nie sprawują władztwa publicznego. Powinni myśleć o tym jak efektywnie realizować cele, a nie o tym, co w takiej sytuacji nakazuje uczynić ustawa.
Ustawa nie rozwiąże problemów zamówień publiczni. Muszą je rozwiązywać ludzie. Tylko trzeba im dać więcej swobody i nie rozliczać z porządku w papierach, lecz z realizacji zadań.