- Czytany 212 razy
- wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
- Wydrukuj
Po co Prezesowi UZP Rada Zamówień Publicznych? Jeśli jest otwarty – ma nieograniczone możliwości słuchania opinii i rad wszystkich zainteresowanych stron, co np. poprzedni Prezes podniósł na poziom wcześniej niespotykany (hackathon, ankieta wśród przedsiębiorców, wspólne wypracowanie zasad łączenia/dzielenia odczynników i inne inicjatywy). Jeśli jest przekonany o swoim wybraństwie – nie będzie słuchał, nawet jeśli będzie słyszał rady pochodzące z najznamienitszych ust.
PO CO RADA?
Rada ma służyć radą, czyli proponować, podpowiadać Prezesowi co powinien czynić. A skąd niby członkowie Rady mieliby wiedzieć lepiej od Prezesa co czynić należy?
Wszak to Prezes Urzędu jest centralnym organem właściwym w sprawach zamówień publicznych, dysponującym do tego sporą kadrą specjalistów. Jeśli czegoś chce się dowiedzieć, może zamawiać opinie, ekspertyzy, może podglądać rozwiązania w czasie wizyt studyjnych w innych krajach, może wymieniać doświadczenia na forum UE i innych organizacji międzynarodowych. Prezes bywa na różnych konferencjach, targach i innych imprezach, gdzie na pewno wielu stara się przekazywać swoje uwagi i opnie. Ma wiele możliwości poznania zarówno stanu zamówień publicznych, jak i postulatów płynących od jego aktorów. Pewnie dałby sobie radę bez Rady.
A co jeśli członkowie Rady dają rady różne, sprzeczne? Jak wiadomo: gdzie nas dwóch, tam trzy zdania. Doświadczyliśmy tego raz czy dwa w Radzie, gdy Prezes zadał konkretne pytania: opinie były odległe od siebie jak wschód od zachodu. Prezes odpuścił nam dyskusję, która – obawiam się – po burzliwym przebiegu nie przyniosłaby zbliżenia stanowisk. Więcej jednak nie próbował ustalać prawdy i dobrą metodą głosowania członków Rady. Wszyscy kulturalnie unikali kontrowersyjnych tematów.
Czy można byłoby inaczej? Na pewno nie zbierając się raz na kwartał po godzinie-dwie. Jeśli już, trzeba by nas zamknąć na dzień-dwa bez limitu kawy i kazać wypracować jakiś konsensus. Ciekawy jestem, czy to byłoby możliwe. Kiedyś stanowiliśmy taki zespół, w którym jedno zaczynało zdanie, a drugie mogło je kończyć – ale to wynik wielu lat wielogodzinnej codziennej współpracy. Gdy mieliśmy ustalić czego będziemy uczyć na szkoleniach organizowanych z inną firmą doradczą – po całodziennej debacie rozeszliśmy się bez uzgodnienia stanowiska w zakresie choćby jednego z ważnych tematów (i każdy uczył po swojemu).
Już dawno przestałem się dziwić, że można tak różnie rozumieć (albo nie rozumieć) o co chodzi w zamówieniach publicznych. A jednak wciąż mnie to obchodzi. Skryłem się za hasłem „Zamówienia publiczne inaczej” i cieszę się, że pojedyncze osoby czasem otwierają oczy ze zdziwieniem.
KTO W RADZIE?
Kto powinien zasiadać w Radzie Zamówień Publicznych?
Przedstawiciele nauki
Czy jest ktoś lepiej predysponowany do udzielania rad, niż naukowiec, który zawodowo poznaje tajniki rynku zamówień publicznych, prowadzi badania naukowe nad najlepszymi wskaźnikami wiarygodności wykonawców, implementuje metody wspomagania podejmowania decyzji do opracowania kryteriów oceny ofert, opracowuje matryce ryzyka w celu ich optymalnej alokacji w umowach…
Tylko gdzie jest taki naukowiec? Ktoś zna takiego profesora? Może choć doktora?
Czyż wszyscy profesorowie zajmujący się zamówieniami publicznymi to nie są aby prawnicy? Na dodatek z katedr prawa administracyjnego/publicznego? Zajmują się wyłącznie interpretacją przepisów? I głoszą pogląd, że Pzp należy do gałęzi prawa administracyjnego! Każdy wniosek wyciągnięty z błędnych przesłanek musi być błędny.
A może są jacyś profesorowie od zakupów? Gdzieś w katedrach logistyki, gdzieś daleko od prawa, a bliżej ekonomii? Ktoś takich zna, bo ja nie. A nie wierzę, że ich nie ma. Tylko zastanawiam się dlaczego ich nie znamy i czemu nigdy nie byli w Radzie.
Doradcy i pełnomocnicy
Największą praktykę mają ci, którzy od lat żyją z doradzania, szkolenia i reprezentowania stron zamówień publicznych. Z niejednego pieca chleb jedli. Bez wątpienia mogą wiele powiedzieć o tym jak jest, mogą formułować wnioski na przyszłość. O ile potrafią się wznieść ponad swój partykularny interes.
To jest największe wyzwanie: jak nie patrzeć na zamówienia oczami klientów i przez pryzmat ich interesów? Jak nie patrzeć przez pryzmat własnych („im gorzej, tym lepiej – będzie co robić”).
Skoro jeden z „wielkiej czwórki” wymyślił ESG, bo spadały mu obroty z doradztwa – jakże oczekiwać, że doradcy/trenerzy/pełnomocnicy będą podcinać gałąź, na której siedzą? Miałem taki test na uczciwość brokera ubezpieczeniowego: jeśli organizowane przez niego przetargi często wygrywał narodowy ubezpieczyciel (płacący najniższy kurtaż) to znaczy, że bardzie się starał o interes klienta niż o własny zarobek, a jeśli oddawał klientów w ręce podejrzanych ubezpieczycieli – pewnie trawiła go smocza choroba. Może dałoby się implementować.
Organizacje
Mamy kilka stowarzyszeń działających w branży zamówień publicznych, jedne masowe, inne elitarne. Pytanie, czy są w stanie wypracować jakieś wspólne stanowisko i czy można od nich oczekiwać wzniesienia się ponad partykularne interesy swoich członków? Czy aby ich liderzy nie reprezentują tylko siebie? Nie wiem, nie należę.
Z drugiej strony, lobbing jest pewnie zjawiskiem nieuniknionym. Byle był czyniony otwarcie, może przyczynić się do reprezentowania różnych interesów w Radzie, a już inteligencji Prezesa trzeba zostawić wyważanie prezentowanych opinii. Wszak to tylko rady.
Zdaje się jednak, że mamy obecnie nadreprezentację jednej organizacji przy braku innych (których w Radzie chyba nigdy nie było).
Politycy
Był czas, gdy Prezes używał Rady do wspierania sprawy zamówień publicznych na forum rządu i parlamentu. Były to czasy dużych zmian. Pewnie dobrze mieć w takim czasie przełożenie na ministrów i posłów, którzy popychają ustawy nie wbrew, lecz w łączności z Urzędem.
Czy można liczyć na jakieś wyrafinowane doradztwo ze strony polityków? Szczerze wątpię. I nawet się nie oburzam. Nie oczekujemy od polityków fachowej wiedzy w zakresie zamówień publicznych. Cieszymy się, że Urząd trzyma się obok sporów politycznych, choć nie omijają go wiatry i wichury. Daleko nam do tego, co było przez co najmniej pierwszych dziesięć lat zamówień publicznych: nigdy nie było dyscypliny, zawsze posłowie głosowali według swojego przekonania, a przynależność partyjna nie miała większego znaczenia.
Dawno, niestety, to się zmieniło i od lat rządzi większość za nic mająca głosy opozycji. Tak, jak nie służy to zamówieniom publicznym, tak pewnie nie służy w innych obszarach.
Zamawiający
Bez wątpienia, powinni być w Radzie przedstawiciele zamawiających. I pewnie zawsze byli. Tylko których? Nie ma chyba największych. Może i dobrze: pewnie mają swoje dojścia do Prezesa UZP i mogą załatwiać swoje sprawy inaczej, niż na forum Rady.
Swego czasu sławny był nawet alians szefa największego polskiego zamawiającego z Prezesem Urzędu, co to rzucił hasło, że FIDIC jest nielegalny, a my tu „zespół w zespół” napiszemy lepszego, polskiego FIDICa. Co się z tego urodziło jeszcze wielu pamięta. Na szczęście dzięki zaangażowaniu wielu udało się to ostatecznie poprawić do postaci dostępnej ciągle na stronie Urzędu, acz nie stosowanej przez nikogo, z największym polskim zamawiającym na czele. I dobrze.
To może w Radzie powinni być inni zamawiający? Ministerstwa? – ale one kupują naprawdę niewiele. COAR? – pięknie, ale niby kto? Miasta? – tak, tylko które? Wioski? – czemu nie? Jak znaleźć przedstawicieli zamawiających samorządowych, których chyba w Radzie nie było? Ich punkt widzenia jest przecież ważny, a – być może – za słabo reprezentowany.
Sektorowcy i obronni
Czyż nie powinno być z zasady w Radzie przedstawiciela zamówień sektorowych? To przecież duży rynek. Zdecydowanie inny od sektora publicznego, choć niestety coraz bardziej do urzędów się upodabniający. Prezesi mogą nie znać tej specyfiki, a od ich działań przecież wiele zależy.
To samo tyczy się zamówień w dziedzinie obronności. Specyficzna branża, która chyba nie miała nigdy swojego przedstawiciela. A budżet obronny stale rośnie. A ustawa chyba uwiera.
Kupcy prywatni
Mnie by się marzyło, aby w Radzie byli kupcy z sektora prywatnego. Skoro mamy się wzajemnie inspirować i uczyć, to niby gdzie?
Wszelkie inicjatywy wspólnych szkoleń czy konferencji więdną. Ciągle mamy dwa światy nie umiejące ze sobą rozmawiać, a nawet nie rozumiejące się nawzajem. A przecież ekonomia jest jedna. „Zamawiający, jako klient poszukujący najlepszych ofert, powinien, co do zasady, postępować tak samo, jak kupiec, inwestor prywatny. Zasady stosowane w biznesie (wśród profesjonalistów, nie konsumentów) powinny mieć zastosowanie do zamówień publicznych.” (fragment mojego credo)
Za jedną z największych przygód uznaję pisanie poradnika „Strategie zakupowe w zamówieniach publicznych”, gdy ministerstwo gospodarki kazało Andrzejowi Zawistowskiemu i mnie dogadać się co do możliwości zastosowania podejścia ze świata zakupów do zamówień publicznych. Ileż kłótni, ile nieporozumień – i jaka wartość dodana z tego.
Wykonawcy
Również nie może być wątpliwości, że przedsiębiorcy powinni mieć w Radzie silną reprezentację. Zbyt często nie byli uznawani przez Urząd za członków rodziny. A bez ich udziału nie ma zamówień publicznych.
Stowarzyszeń przedsiębiorców jest wielokrotnie więcej, niż nabywców. I wydają się mocno upolitycznione. To może Izby Gospodarcze? Powinny być profesjonalnymi przedstawicielami swoich członków. Dlaczego, co do zasady, nie znają się na zamówieniach publicznych? Jak już muszą się wypowiedzieć, posługują się doradcami, których głównym celem może nie być reprezentowanie nieznanego środowiska.
Związki zawodowe
Czemu nie? Ustawa ma chronić pracowników wykonawców. Wszak nie przystoi, aby państwo polskie korzystało z rażąco niskich cen okupionych wyzyskiem pracowników, podwykonawców i oszukiwaniem zamawiającego.
Tylko czy związki zawodowe stać na rozsądne stanowisko? Czy zaraz nie podetną gałęzi, na której siedzą? Skoro były w stanie w krótkim terminie położyć dobrze prosperująca firmę, jaką było Cargo, to może lepiej niech trzymają się od zamówień publicznych z daleka. Albo niech wyślą do Rady kogoś rozsądnego (jak to było ostatnio).
Wybitni czy klakierzy
Wielu przywódców lubi otaczać się klakierami, budując w ten sposób swoją wartość -chyba tylko w swoich oczach. Najlepsi jednak otaczają się lepszymi od siebie – aby się wznosić dzięki ich pracy. To by oznaczało, że Prezes powinien powołać do Rady tych, od których chciałby się uczyć. Tych, których uważa za lepszych od siebie specjalistów w pewnych obszarach.
Prawdopodobnie zatrudnienie tych ludzi w Urzędzie nie jest możliwe (za słabe widełki), ani celowe (nie są potrzebni 8 godzin dziennie). Prawdopodobnie formalne pozyskanie ich opinii jest czaso- i kosztochłonne (stawki mają wysokie). Tymczasem tanim kosztem można ich wykorzystać w ramach Rady. Pod warunkiem, że się ich zaangażuje nieco więcej, niż kilka godzin na kwartał.
Krewni i znajomi
To może najlepiej, jeśli Prezes dobierze sobie Radę z osób sobie znanych i cenionych. Niezależnie od tego skąd pochodzą, niech radzą – jeśli mają coś ciekawego do powiedzenia. Zwłaszcza, że Prezesi mają swoją wiedzę i doświadczenie, rozeznanie w rynku i zapewne są w stanie dobrać sobie Radę „dającą rękojmię prawidłowej realizacji zadań”.
Byle Rada nie była „kwiatkiem do kożucha”, formalnością wymagająca odfajkowania.
Kiedy byłem członkiem Rady raz tylko zostaliśmy zaproszeni na dwudniową dyskusję o założeniach nowej ustawy Pzp. To było fascynujące. Był czas na wysłuchanie różnych opinii i punktów widzenia, był czas na dyskusje, spory. Każdy mógł coś wnieść, każdy był wysłuchany.
A jakie zapadły decyzje – to już nie jest sprawa Rady. Rada jest od radzenia, nie od rządzenia.